Wszystko

Reaktywacja

Po dwóch latach milczenia nadszedł czas na reaktywację bloga – kolejny wyjazd tuż za pasem. Jeśli nigdy tu wcześniej nie byłeś, witam serdecznie! Równie ciepło witam też starych czytelników, którzy zapewne stracili nadzieję, że jeszcze coś się tu kiedyś pojawi. Nie jesteśmy jednak jedną z tych par, która rzuca wszystko i jedzie w świat na dwa-trzy lata. Choć z całego serca podziwiam takich podróżników, czasem im zazdroszczę, a zawsze kibicuję, to wierzę, że nie trzeba tak radykalnych kroków, żeby zwiedzać świat. Można co kilka miesięcy, a nawet co rok lub dwa, zaoszczędzić trochę urlopu i pieniędzy, i wyruszyć w podróż. W ten sposób podróżować można całe życie, nie rzucając pracy i nie żegnając się na dłużej z rodziną i przyjaciółmi. W takie podróżowanie wierzę i chętnie je propaguję.

Nie ma zresztą co ukrywać – jestem od tego uzależniona. Głos wzywający do spakowania plecaka i pożegnania się z wygodnym fotelem na kilka tygodni odzywa się raz częściej, innym razem rzadziej. Ale słyszę go od lat. I szczerze mówiąc, mam nadzieję, że będę go słyszeć do późnej starości, że mi się nie znudzi, że wygodnictwo nie przeważy nad ciekawością i chęcią poznawania świata.

W każdym razie, po zeszłym roku spędzonym na krótszych wyjazdach, wyruszamy znowu dalej i na trochę dłużej. Kierunek – Chiny, prowincje Syczuan i Yunnan, obszar, który geograficznie i kulturowo należy do Tybetu, ale ponieważ leży na pograniczu Tybetańskiego Regionu Autonomicznego, nie potrzeba specjalnych pozwoleń, żeby tam wjechać. Jest to rejon niezbyt stabilny pod względem politycznym, z uwagi na to, że jest w większości zamieszkany przez Tybetańczyków. Zdarza się, że chińskie władze zamykają go dla obcokrajowców. Aktualne informacje na ten temat są trudne do zdobycia, siłą rzeczy plan podróży jest mocno niepewny i może ulec modyfikacjom już na miejscu.

Co chcemy zobaczyć? Przyrodę – Wyżynę Tybetańską, święte góry, ośnieżone szczyty Himalajów, bambusowe lasy, pandy. Tybetańskie klasztory i wioski. Chcemy spróbować kuchni chińskiej i tybetańskiej, nauczyć się grać w madżonga, zobaczyć Wielki Mur i Zakazane Miasto.

Jedziemy w czwórkę – nasza trójka, czyli Łukasz, nasza prawie dziesięcioletnia córka Ola i ja oraz nasza przyjaciółka Gosia – czyli taki sam skład, jak podczas wyjazdu do Indonezji.

Wstępnie plan wygląda tak: po dwóch dniach w Pekinie wyruszamy w 30-godzinną podróż pociągiem do stolicy Syczuanu, Chengdu.

Trasa liczy sobie ponad 2000 km:)

Z Chengdu ruszamy na zachód, i chcielibyśmy przejechać taką trasą:

Kolejne zaznaczenia na mapie to
– Kangding (2,560 m n.p.m.) – przynajmniej dwa dni na aklimatyzację

– Tagong (3700 m n.p.m.) – małe, tybetańskie miasteczko w stepie

– Litang (4000 m n.p.m.) – jedno z najwyżej położonych miast świata, ważny ośrodek kultury tybetańskiej, miejsce narodzin kilku Dalai Lamów, z pięknym klasztorem. Czasem niedostępne dla obcokrajowców, mam nadzieję, że uda nam się tam dotrzeć.

– Daocheng i Yading Nature Reserve – piękny park narodowy z trzema świętymi górami buddyzmu. Wciąż jeszcze toczą się dyskusje, czy pojedziemy właśnie tam, czy też w inne, równie atrakcyjne miejsce – region Kawa Karbo i wioska Yubeng. Prawdopodobnie decyzję podejmiemy dopiero na miejscu.

– Xiangcheng, Deqen i wreszcie Tacheng – tutaj mamy nadzieję zobaczyć wyjątkowo rzadki gatunek małp – rokselany złociste. Nie znalazłam zbyt wiele informacji, wiem jednak, że w okolicach Tacheng znajduje się rezerwat, w którym można je zobaczyć – prawdopodobnie spróbujemy.

Na tym właściwie plan się kończy. Zobaczymy, ile nam to wszystko zajmie czasu i zdecydujemy, co dalej. Jeśli nic z planu po drodze nie wypadnie, to prawdopodobnie prosto z Lijiangu wyruszymy w drogę powrotną do Pekinu.

Na cały wyjazd mamy 4 tygodni. Dużo i mało, prawdopodobnie wystarczająco długo, żeby zobaczyć choć kilka odległych, fascynujących miejsc. Mam nadzieję, że chińska zapora nie odetnie mi bloxa i że będzie się tu pojawiała w miarę bieżąca relacja. Zapraszam:)

A jeśli byliście w tych rejonach, to bardzo proszę – dzielcie się radami, uwagami i ciekawostkami!

You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply