Wszystko

Spreparowana Shangri-la

Shangri-la, mityczna kraina szczęścia, od dawna rozpalała wyobraźnię podróżników. Miała leżeć gdzieś w Himalajach, w rajskiej, niedostępnej dolinie. Spopularyzował ją James Hilton w powieści “Zaginiony horyzont”, wydanej w 1933 roku, ale w literaturze chińskiej odcięta od świata dolina, w której ludzie żyją długo i szczęśliwie, istniała od stuleci. A ponieważ Chińczycy są mistrzami sprzedaży, to skoro nie udało się prawdziwej Shangri-la odnaleźć, postanowili ją stworzyć. Trochę przy tym legendę nagięli i zamiast szukać doliny, w 2001 przemianowali górskie miasteczko Zhongdian na Shanri-la, próbując tym samym zwabić więcej turystów. Zabieg się pobiegł – Shangri-la jest oblegane, na szczęście nie na tyle, aby było tam nieznośnie. Zresztą, po dwóch tygodniach tułaczki po bezdrożach Syczuanu, to położone już w Junnanie miasteczko jest bardzo przyjemnym, choć mocno komercyjnym, miejscem na odpoczynek.

Dotarliśmy tu prosto z Daocheng, miasteczka wypadowego do Yading. Z Daocheng do Shangri-la jeździ jeden autobus dziennie, o 6 rano. Niestety, bilety można kupić też tylko o 6, ale poprzedniego dnia. My dojechaliśmy tu z Yading późnym popołudniem, na bilety nie było więc szans. Nic nas nie goniło, pogodziliśmy się więc z wizją spędzenia całego dnia, ale gdy wracaliśmy z kolacji, zaczepiła nas na ulicy para Szwajcarów, którzy szukali towarzystwa do minibusa, chcieli bowiem jechać koniecznie następnego dnia. Razem z poznaną w Yading Nastją z Izraela było nas siedmioro, a Szwajcarka była Chinką z pochodzenia i zobowiązała się, że załatwi dobrą cenę na minibus, zgodziliśmy się więc z nimi jechać.

Towarzystwo było sympatyczne i 12-godzinna podróż upłynęłaby bardzo przyjemnie, gdyby nie to, że trafił nam się najbardziej szalony kierowca, jakiego spotkaliśmy. Dziury, zakręty i skały nie były dla niego wystarczającym powodem do choćby minimalnego zdjęcia nogi z gazu, w skutek czego lataliśmy bo busie na wszystkie strony. Nie obyło się bez ponad godzinnego postoju, bo akurat budowano na drodze most:-)

W Shangri-la przywitał nas tłum turystów i brak wolnych miejsc w większości hosteli. Udało nam się dzięki temu znaleźć mało znane, ale bardzo przyjemne miejsce – Cami’s Home, w samym sercu starego miasta, ale cichy, czysty i z przemiłym właścicielem świetnie mówiącym po angielsku. Zapadła decyzja, że po tej podróży należy nam się relaks i zostajemy tu nieco dłużej.

Cała starówka to labirynt wąskich uliczek pełnych sklepików z pamiątkami, knajpek i barów. Zjeść tu można dania chińskie, tybetańskie i całkiem przyzwoite zachodnie. Wszędzie widać kobiety z mniejszości narodowej Naxi, jedynego ludu, który wciąż używa pisma hieroglificznego. Sprzedają biżuterię, wyroby z mleka jaka (pyszne sery!) i przeróżne szaszłyki.

 

Wieczorem prawdziwa niespodzianka – w Somewhere Else Cafe, uroczej kafejce prowadzonej przez Holenderkę i Włocha, dokąd trafiliśmy gnani tęsknotą za dobrą kawą, obchodzono akurat 2,5-lecie istnienia. Z tej okazji była impreza z koncertem jazzowym, darmowymi drinkami i włoską kuchnią. Jazz z widokiem na młynki modlitewne i prawdziwa, włoska pizza przygotowywana przez kobiety Naxi – absurdalne, urocze i niezapomniane przeżycie!

W Shangri-la znajduje się też jeden z największych młynków modlitewnych świata, wysoki na 21 metrów!

Podobno do zakręcenia nim potrzebne jest sześć osób, my próbowaliśmy ze znacznie większą grupą miejscowych i nie było łatwo!

Przyjemne miasteczko, choć po dwóch dniach już nas nosiło i chcieliśmy jechać dalej:-)

 

Praktyczne informacje:

autobus Daocheng-Shanrgi-la 111 yuanów, minibus 200 yuanów za osobę przy 7 osobach w busie, ok. 12 godzin

nocleg w Cami’s Home 50 yuanów za osobę. Z parkingu przy starym mieście prosto do głównego placu, na którym pełno straganów z szaszłykami, na placu w lewo, Cami’s Home jest ok. 100 metrów dalej, po lewej. 50 metrów dalej od Somewhere Else Cafe, która jest zaznaczona na mapach w Lonely Planet.

You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply