Kirgistan

Z wizyta u kirgizjskiej rodziny

Po kilku godzinach nocnej jazdy, kilkunastu pozycjach do spania na tylach Bombera, polprzytomni, zaspani uslyszelismy o 3 nad ranem haslo: wysiadac! No to wysiedlismy. Kolejne 3000m n.p.m., kilkaset metrow do pieriwalu (czyt. przeleczy a w zasadzie tunelu). Bomber zastrajkowal. Jakis tam wyciek czegos. Do rana musielismy czekac na zboczu az ostudzi sie silnik.  I tym sposobem zaliczylismy nasz pierwszy wspolny wschod. Zaraz po wschodzie Wojtek dal kolejne haslo do wymarszu. Tak wlasnie, do wymarszu. Kanion i Kakus z zawrotna predkoscia 10km/h pojechali w strone przeleczy a reszta wolnym krokiem ruszyla za nimi. Niektorzy postanowili pojsc na przelaj a Gosia z Paulina zatrzymaly przejezdzajaca marszrutke i radosnie dojechaly na szczyt.

Potem to juz bylo z gorki. Na prostej Bomber mknal niczym nowka. Dojechalismy przed poludniem do Biszkeku. Tu zatrzymalismy sie u rodziny kirgijskiej (znajomi Bomberian). Wypasiony apartament sklada sie z dwoch chatek zamieszkalych przez trzy rodziny no i nas. W podworzu kuchnia letnia, jaskolki nad kuchnia i miliony agresywnych much. Po kilku godzinach juz nie przeszkadzaja. Spimy na olbrzymiej skrzyni, w 8 osob. Po noclegu na asfalcie i w Bomberze to juz nie lada luksus. W ogole skrzynie sluza tutaj za lozka. Polecam, dla kregoslupa jak znalazl. Najwiekszym wypasem jest bania, czyli sauna sucha na tylach chatki.

Po takim relaksie zaluzona kolacja – langman. Oczywiscie, zeby udowodnic gospodarzom, ze jedzenie nam smakowalo, nalezalo wziac dokaldke. Ustalilismy wczesniej, ze panowie sie poswieca. Jedzonko bylo dobre aczkolwiek potem chlopacy jeczeli z przejedzenia. No i deser i iles tam rodzajow ciastek, ciasteczek itp. I tak wieczorkiem siedzielismy z rodzina i dzieciakami odprezeni i zrelaksowani, napawajac sie komfortem i wspominajac najfajniejsze momenty naszej wyprawy.  

No coz, wszystko co dobre sie konczy. Zaznalismy niesamowitej goscinnosci kirgizjkiej rodziny (specjalnie dla nas na pozegnalna kolacje zrobia dzis szaszlyki z barana a gospodarz chce nawet zaplacic za nasz transport do Almaty, na co oczywiscie za nic nie pozwolimy). Spedzilismy tydzien z niesamowitymi ludzmi, tacy pozytywni szalency, ktorych poznalismy przypadkiem …… a moze przypadkow nie ma? Zobaczylismy zapierajace dech w piersiach widoki (niektorzy nawet ukonczyli kurs spadachroniarstwa na ponad 3000m z ocena celujaca;) – senk ju Tadeo;). Czasem cali w kurzu i pyle, umyci w lodowatym gorskim potoku, (nie)wyspani, zmeczeni ale pelni nowych wrazen i doswiadczen na pytanie czy zrobilibysmy to raz jeszcze bez namyslu odpowiadamy : TAK! 🙂

Dzis o 24 wyjezdzamy do Almaty. A tam jutro o 6 rano pociag i kolejne trzy dni w drodze do Moskwy. Racje maja ci, ktorzy twierdza, ze niewazny cel podrozy, ale sama droga … 

 

Gosia

You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply