Chiny

Zakazane miasto

Podróż zajęła nam prawie dwa dni. Najpierw lot z Warszawy do Dubaju liniami Emirates. Lotnisko znamy już jak własną kieszeń, więc od razu po wylądowaniu udaliśmy się w kierunku najlepszych miejsc do spania, i mimo że było już dość późno, udało nam się znaleźć cztery wygodne fotele. Skłamałabym jednak mówiąc, że się wyspałam… Noc jakoś jednak minęła i po 13 godzinach czekania wsiedliśmy wreszcie do samolotu do Pekinu. Z lekkim opóźnieniem, dolecieliśmy na miejsce chwilę przed północą. Mieliśmy zarezerwowany hotel, trzeba było tylko do niego jakoś dotrzeć. Z uwagi na późną porę zdecydowaliśmy się na taksówkę. Naczytałam się wcześniej o mafii lotniskowej, ale szczęśliwie udało nam się bez problemu znaleźć normalną taksówkę. Poszliśmy po prostu za znakami na postój taksówek i ustawiliśmy się w kolejce. Taksówkarz wprawdzie nie mówił w ogóle po angielsku, ale daliśmy mu adres na karteczce i to wystarczyło.

Hotel całkiem ładny i czysty. Beijing Traditional View Hotel na Juer Hutong – nazwa wskazuje, że położony jest w jednym z hutongów, czyli tradycyjnie zabudowanych wąskich alejek, które są charakterystyczne dla Pekinu. Okolica mało turystyczna, ale wszędzie dość blisko, wokół nie brakuje też sklepików z owocami, małych knajpek dla miejscowych i urokliwych uliczek.


Totalnie wykończeni, spaliśmy do jedenastej, oczywiście czasu miejscowego. Zaspaliśmy tym samym na śniadanie w hotelu, nie pozostało nam więc nic więcej, jak od razu pójść zmierzyć się z miastem. Wyruszyliśmy pieszo w stronę Zakazanego Miasta, a gdy zobaczyliśmy knajpkę, przed którą siedziało sporo miejscowych, zaryzykowaliśmy i zamówiliśmy bliżej nie określone danie z makaronem. Oczywiście okazało się pyszne!

Posileni, mogliśmy zmierzyć się z tłumami zwiedzającymi największe atrakcje Pekinu. Było właśnie południe, upał nieziemski, ale zaprawieni temperaturami panującymi ostatnio w Polsce, bez mrugnięcia postaliśmy na olbrzymim placu Tiananmen. Widać, że to największy plac miejski na świecie – nawet moskiewski Plac Czerwony wydaje się przy nim niewielki…

Zakazane miasto jest piękne. Owszem, są tam tłumy, ale im później, tym mniejsze. Pod koniec, gdy dotarliśmy do części dodatkowo płatnej, zrobiło się wręcz pusto. Były za to niewielkie dziedzińce, misternie rzeźbione drzwi, zacienione zakątki. Z fascynacją obserwowałam też miejscowych, którzy zresztą nas, a zwłaszcza Olę, traktowali jako część atrakcji i ciągle robili sobie z nią zdjęcia.

Spędziliśmy w Zakazanym Mieście większość dnia, potem starczyło nam sił tylko na spacer po parku i powrót do hotelu.


 

 

You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply